poniedziałek, 12 września 2011

Przez jakiś czas zmierzamy z ludźmi w jednym kierunku,  potem budzimy się i odwracamy do nich plecami.
Dalej Bernhard.
Definiujący idealnie te momenty, kiedy rzeczywiście zaczyna płynąć w nas obojętność. Te lata świetlne przyjacielskich przyzwyczajeń. Choć zawsze powtarzałam sobie, że najważniejsi są ci, którzy zostają. A to pokazuje dopiero czas. Tylko, że z czasem się krzepnie. Już nie ma takiej ekscytacji przy każdym telefonie. Spacerowanie nie jest sunięciem po chodniku. Staje się tylko spacerowaniem. Staje się tylko jedną z codziennych czynności. A może jest to jakaś próba wydobycia się z zależności, zaakcentowania swojego niezadowolenia z przyklepanych spraw?
Żeby nie skończyć na samych tylko pytaniach, myślę, że terapia Bernhardem jest mocnym ciosem w głowę. Ktoś kto bezceremonialnie demaskuje te wszystkie sprawy między ludźmi. Rozumiem nienawiść do tego typu praktyk.
Ale rozumiem też potrzebę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz