Bezdroża. Rzadko odwiedzane.
Przebywanie na bezdrożach budzi dziwne uczucia. Że w ogóle są, śniące na jawie.
Najdziwniejsze jest ich piękno. I zaskakujące odkrycie, że mieszkają na nich ludzie, daleko, na uboczu, rozproszeni. Mikroskopijne punkciki domów. Szczekanie psa, przecinające wielokilometrową ciszę.
Czuję nie tyle zimno co jakieś przenikające mnie samotne przebywanie w oswajanych przestrzeniach. Słowa nie są zimne. Jedna książka dziennie jak pigułka.
Nie są to doświadczenia sprawiające, że mózg zaczyna wibrować! Szukać owszem, ale nie gotuje się do szalonego skoku. To raczej jak czytanie baśni. Głośne, nieśpieszne czytanie baśni. Jeszcze ten śnieg! W wszystkim i dla wszystkich śnieg. Śmierć tylko zimą. Rozpacz tylko zimą.
Trochę jakbym otwierała i pożerała baśnie. Przecież chodzą podobnymi ścieżkami. Czy to bezkres, czy plątanina zdarzeń. Archetypiczność. Opowieść jak miękka kołdra. Choć co chwilę przychodzi przymrozek.
Rzuciłam się na tą skandynawską literaturę choć nie zdawałam sobie sprawy, że ta potrzeba tkwiła we mnie. To niezwykłe, jak nasze ciało i umysł potrafią zaskoczyć, zadziwić. Wyrwać się ku czemuś. Porzucić jedno na rzecz drugiego. Pójść za czymś.
Podczas gdy wszyscy czekali...
czwartek, 29 września 2011
niedziela, 25 września 2011
Nie wiem na jakiej skali zapisać ten niedzielny krajobraz. Opis studiowania a więc wglądu i oglądu. Z wewnątrz.
Przyglądanie się rozmowie, która nadal tkwi pod skórą. Jest zapisem. Jakimś odważnym snem, bo przecież zdążyła się wyśnić już drugi raz - podczas poobiedniego zapadania się w pościel. Znalazłam ją w książce i na kieliszku. To nie osad. Jakieś dobre i mocne rumowe przeżycie.
Rozmówca zamknął się w pokoju. Lęki zostały. Otwieranie skrzynki na listy skupia mnie na pisku przekręcanego kluczyka. A rozmówca wciąż siedzi za ścianą albo za swoją ciekawością. Mury szczelne. Weszłam na chwilę. Jak do książki. Opowieści o żałowaniu. Jeden łyk - jeden gorzki żal. Choć ich nazbierało się znacznie więcej. Żale są niemierzalne, a jednak ścigam się w cichym albo gorzkim szlochu - kiedy się przypomni ten niebyt.
Leena nie wskoczyła do morza. Buty jej przeciekły. Ustawiła się twarzą do tego co ma nadejść. Pewnie też nie odbierała telefonów, skrzeczących żab w słuchawce. Załatwianie spraw, które nie mają żadnego znaczenia. Znaczenie nabiera odcięcie się. Bunt. Albo samo słowo nie. Samo słowo tak. Język pokazany obym.
Przyglądanie się rozmowie, która nadal tkwi pod skórą. Jest zapisem. Jakimś odważnym snem, bo przecież zdążyła się wyśnić już drugi raz - podczas poobiedniego zapadania się w pościel. Znalazłam ją w książce i na kieliszku. To nie osad. Jakieś dobre i mocne rumowe przeżycie.
Rozmówca zamknął się w pokoju. Lęki zostały. Otwieranie skrzynki na listy skupia mnie na pisku przekręcanego kluczyka. A rozmówca wciąż siedzi za ścianą albo za swoją ciekawością. Mury szczelne. Weszłam na chwilę. Jak do książki. Opowieści o żałowaniu. Jeden łyk - jeden gorzki żal. Choć ich nazbierało się znacznie więcej. Żale są niemierzalne, a jednak ścigam się w cichym albo gorzkim szlochu - kiedy się przypomni ten niebyt.
Leena nie wskoczyła do morza. Buty jej przeciekły. Ustawiła się twarzą do tego co ma nadejść. Pewnie też nie odbierała telefonów, skrzeczących żab w słuchawce. Załatwianie spraw, które nie mają żadnego znaczenia. Znaczenie nabiera odcięcie się. Bunt. Albo samo słowo nie. Samo słowo tak. Język pokazany obym.
sobota, 24 września 2011
Leena Lander jest zimna jak krajobraz.
Mimo to wciąż za nią idę.
Jeszcze nie skoczyła do morza. Może tak zrobi. Pod koniec.
Narazie obie rozmawiamy ze swoimi zmarłymi, którzy dziś byli wyjątkowo mocni. Pomiędzy łykami kawy - dzisiejsze popołudnie zmieniło się w jakąś wymianę smutku i chęci poczucia tych granicznych emocji. Ktoś chciał ich doświadczyć, a ja je z siebie wyplułam. Burza się nie rozpętała jeszcze. To jest zwykłe, codzienne obcowanie z wewnętrznym grzmotem - coś, co trudno jest zawsze trzymać na uwięzi.
Siedzenie przy kawie naturalnie przerodziło się w siedzenie przy książce. Płynnie przeszło z człowieka w doświadczenie literackie.
Żałoba. To nie czarna woalka na głowie kobiety. To nie łzy, które się zazwyczaj wylewa, gdy ktoś umrze. To nie pastor, który ściska dłonie najbliższych, to nie Eroica Beethovena ani sonata b-moll Chopina. Żałoba to nie szepty za plecami, które się słyszy jeszcze miesiąc po pogrzebie.
Żałoba to petryfikacja. mrok trwania, które nie jest życiem.
Obcowanie z kimś, kogo nie ma.
Żałoba to noc.
W zasadzie dzisiejsza żałoba, rozmowa o żałowaniu zaczęła się po obiedzie. Dotyczyła snów i majaków. Wyciągała ręce, ale nie mrużyła oczu. Wychodziła na przeciw jakimś ludzkim potrzebom. A one stanęły ramię w ramię popijając kawę w słońcu.
Powrót do domu pozostał literaturą.
Jest noc.
Mimo to wciąż za nią idę.
Jeszcze nie skoczyła do morza. Może tak zrobi. Pod koniec.
Narazie obie rozmawiamy ze swoimi zmarłymi, którzy dziś byli wyjątkowo mocni. Pomiędzy łykami kawy - dzisiejsze popołudnie zmieniło się w jakąś wymianę smutku i chęci poczucia tych granicznych emocji. Ktoś chciał ich doświadczyć, a ja je z siebie wyplułam. Burza się nie rozpętała jeszcze. To jest zwykłe, codzienne obcowanie z wewnętrznym grzmotem - coś, co trudno jest zawsze trzymać na uwięzi.
Siedzenie przy kawie naturalnie przerodziło się w siedzenie przy książce. Płynnie przeszło z człowieka w doświadczenie literackie.
Żałoba. To nie czarna woalka na głowie kobiety. To nie łzy, które się zazwyczaj wylewa, gdy ktoś umrze. To nie pastor, który ściska dłonie najbliższych, to nie Eroica Beethovena ani sonata b-moll Chopina. Żałoba to nie szepty za plecami, które się słyszy jeszcze miesiąc po pogrzebie.
Żałoba to petryfikacja. mrok trwania, które nie jest życiem.
Obcowanie z kimś, kogo nie ma.
Żałoba to noc.
W zasadzie dzisiejsza żałoba, rozmowa o żałowaniu zaczęła się po obiedzie. Dotyczyła snów i majaków. Wyciągała ręce, ale nie mrużyła oczu. Wychodziła na przeciw jakimś ludzkim potrzebom. A one stanęły ramię w ramię popijając kawę w słońcu.
Powrót do domu pozostał literaturą.
Jest noc.
piątek, 23 września 2011
Na podwórku, po środku, stoi drobne, jasnowłose dziecko, stoi cicho i bez ruchu.
Czego chcesz dziecko?
Ja chcę umrzeć.
Na okładce szarość. Molo, na którego końcu, zwrócona twarzą do wody stoi kobieta. Jest w tym jakaś koszmarna ostateczność, bo w tej wyprostowanej postawie i równo skrojonym kostiumie jest jakiś rodzaj decyzji. Choć przecież nie znam jeszcze ani kobiety ani kraju o jakim będę czytała.
Może ta burza, która ma się rozpętać jest niezbędna do następnego kroku. Jakby iść dalej tą analogią to wrześniowe burze, w których epicentrum wciąż tkwię - są oddechem. To znaczy oddech pojawia się później. Jednak pojawia się. Ten haust powietrza. Trzeźwość. I decyzyjność właśnie.
Czego chcesz dziecko?
Ja chcę umrzeć.
Na okładce szarość. Molo, na którego końcu, zwrócona twarzą do wody stoi kobieta. Jest w tym jakaś koszmarna ostateczność, bo w tej wyprostowanej postawie i równo skrojonym kostiumie jest jakiś rodzaj decyzji. Choć przecież nie znam jeszcze ani kobiety ani kraju o jakim będę czytała.
Może ta burza, która ma się rozpętać jest niezbędna do następnego kroku. Jakby iść dalej tą analogią to wrześniowe burze, w których epicentrum wciąż tkwię - są oddechem. To znaczy oddech pojawia się później. Jednak pojawia się. Ten haust powietrza. Trzeźwość. I decyzyjność właśnie.
piątek, 16 września 2011
Bernhard się kurczy w moich rękach.
Ten przeskok, a raczej płynne przejście raczej, niż skok żabi - to poczucie, że uszaty fotel zawsze stoi w kącie i że taki rodzaj emocji też musi się wypalić.
egzystencja podpatrzona - pisze. W istocie podpatrzona, ale nie zazdrosnym okiem. Tylko z ulgą.
Bilans zysków i strat robiony przy każdym odchodzeniu i przychodzeniu gdzieś pod koniec tygodnia jest dziwną mieszaniną wątków zakwitłych w głowie. Niektóre z nich nie przetrwają do rana i przestają mieć znaczenie. Z kolei inne - rozpleniają się i wieszają się swoimi małymi łapkami na sznurkach przy piecu i usychają powoli, powili. Bez klasy.
Co z tego zostaje na później. Uszaty fotel jest oczywiście przepotworną metaforą. Jest punktem widzenia i punktem wyjścia. Jak jednak niezauważalnie posadziliśmy tam tyłek?
Trzydzieści z okładem lat, jakie opisuje Bernhard stają się powolną a jednak nieuniknioną drogą to tego punktu właśnie. To siedzenie nie może być przecież wygodne, jest obciążone. Jest pewną konsekwencją.
Mój fotel nie ma tylu lat.
Ten przeskok, a raczej płynne przejście raczej, niż skok żabi - to poczucie, że uszaty fotel zawsze stoi w kącie i że taki rodzaj emocji też musi się wypalić.
egzystencja podpatrzona - pisze. W istocie podpatrzona, ale nie zazdrosnym okiem. Tylko z ulgą.
Bilans zysków i strat robiony przy każdym odchodzeniu i przychodzeniu gdzieś pod koniec tygodnia jest dziwną mieszaniną wątków zakwitłych w głowie. Niektóre z nich nie przetrwają do rana i przestają mieć znaczenie. Z kolei inne - rozpleniają się i wieszają się swoimi małymi łapkami na sznurkach przy piecu i usychają powoli, powili. Bez klasy.
Co z tego zostaje na później. Uszaty fotel jest oczywiście przepotworną metaforą. Jest punktem widzenia i punktem wyjścia. Jak jednak niezauważalnie posadziliśmy tam tyłek?
Trzydzieści z okładem lat, jakie opisuje Bernhard stają się powolną a jednak nieuniknioną drogą to tego punktu właśnie. To siedzenie nie może być przecież wygodne, jest obciążone. Jest pewną konsekwencją.
Mój fotel nie ma tylu lat.
wtorek, 13 września 2011
Bernhardem sobie obwiązałam gardło.
Wożę go (Go) w torebce i na ramie roweru.
Niewiarygodne swoją drogą jak idealnie (idealnie) wpisujemy się nastrojem we wszystko co nas dotyka tu i teraz. Jakby łowić tylko te znaczenia, które mają znaczenia.
Nie wiem jeszcze dlaczego Wycinka choć wiem dlaczego uszaty fotel.
Myślę o tym, że często jadę w takim uszatym fotelu i zabieram głos w sprawie a przecież nikt nie pyta. Świat się kręci. Bęben pralki przestaje. Rytmy zmieniają się na jakieś inne wibracje. Takty, stukoty, wycinki.
Wszystko stoi w gardle. Nic nie stoi w gardle.
Uwieszamy się przez lata na człowieku (..) jesteśmy ostatecznie od tego fascynującego nas człowieka totalnie uzależnieni i nie tylko z kretesem, jak to się mówi, oddani mu, ale faktycznie na niego zdani, wydaje nam się, że jeśli go opuścimy, będziemy skończeni (..) a jednak pewnego dnia nie przychodzimy, nie podajemy powodu (..)
Mam wrażenie, że te pewne stałe, i reakcje i odczucia, przychodzą z czasem szybciej, nigdy wolniej. Jedyne nieustanne to dobieranie wrażeń i mniejsza lub większa wnikliwość w odbieraniu codzienności.
Ten kolaż z ludzi, z relacji, nawiązywanie przyjaźni. Oko zazdrośnie patrzące na niebywałą wręcz zaradność w odnajdowaniu się w sytuacjach, a jak wymościć się w uszatym fotelu? Myślę, że nigdy na dobre.
Czasami po prostu przestaje się przychodzić na wystawne bale.
Wożę go (Go) w torebce i na ramie roweru.
Niewiarygodne swoją drogą jak idealnie (idealnie) wpisujemy się nastrojem we wszystko co nas dotyka tu i teraz. Jakby łowić tylko te znaczenia, które mają znaczenia.
Nie wiem jeszcze dlaczego Wycinka choć wiem dlaczego uszaty fotel.
Myślę o tym, że często jadę w takim uszatym fotelu i zabieram głos w sprawie a przecież nikt nie pyta. Świat się kręci. Bęben pralki przestaje. Rytmy zmieniają się na jakieś inne wibracje. Takty, stukoty, wycinki.
Wszystko stoi w gardle. Nic nie stoi w gardle.
Uwieszamy się przez lata na człowieku (..) jesteśmy ostatecznie od tego fascynującego nas człowieka totalnie uzależnieni i nie tylko z kretesem, jak to się mówi, oddani mu, ale faktycznie na niego zdani, wydaje nam się, że jeśli go opuścimy, będziemy skończeni (..) a jednak pewnego dnia nie przychodzimy, nie podajemy powodu (..)
Mam wrażenie, że te pewne stałe, i reakcje i odczucia, przychodzą z czasem szybciej, nigdy wolniej. Jedyne nieustanne to dobieranie wrażeń i mniejsza lub większa wnikliwość w odbieraniu codzienności.
Ten kolaż z ludzi, z relacji, nawiązywanie przyjaźni. Oko zazdrośnie patrzące na niebywałą wręcz zaradność w odnajdowaniu się w sytuacjach, a jak wymościć się w uszatym fotelu? Myślę, że nigdy na dobre.
Czasami po prostu przestaje się przychodzić na wystawne bale.
poniedziałek, 12 września 2011
Przez jakiś czas zmierzamy z ludźmi w jednym kierunku, potem budzimy się i odwracamy do nich plecami.
Dalej Bernhard.
Definiujący idealnie te momenty, kiedy rzeczywiście zaczyna płynąć w nas obojętność. Te lata świetlne przyjacielskich przyzwyczajeń. Choć zawsze powtarzałam sobie, że najważniejsi są ci, którzy zostają. A to pokazuje dopiero czas. Tylko, że z czasem się krzepnie. Już nie ma takiej ekscytacji przy każdym telefonie. Spacerowanie nie jest sunięciem po chodniku. Staje się tylko spacerowaniem. Staje się tylko jedną z codziennych czynności. A może jest to jakaś próba wydobycia się z zależności, zaakcentowania swojego niezadowolenia z przyklepanych spraw?
Żeby nie skończyć na samych tylko pytaniach, myślę, że terapia Bernhardem jest mocnym ciosem w głowę. Ktoś kto bezceremonialnie demaskuje te wszystkie sprawy między ludźmi. Rozumiem nienawiść do tego typu praktyk.
Ale rozumiem też potrzebę.
Dalej Bernhard.
Definiujący idealnie te momenty, kiedy rzeczywiście zaczyna płynąć w nas obojętność. Te lata świetlne przyjacielskich przyzwyczajeń. Choć zawsze powtarzałam sobie, że najważniejsi są ci, którzy zostają. A to pokazuje dopiero czas. Tylko, że z czasem się krzepnie. Już nie ma takiej ekscytacji przy każdym telefonie. Spacerowanie nie jest sunięciem po chodniku. Staje się tylko spacerowaniem. Staje się tylko jedną z codziennych czynności. A może jest to jakaś próba wydobycia się z zależności, zaakcentowania swojego niezadowolenia z przyklepanych spraw?
Żeby nie skończyć na samych tylko pytaniach, myślę, że terapia Bernhardem jest mocnym ciosem w głowę. Ktoś kto bezceremonialnie demaskuje te wszystkie sprawy między ludźmi. Rozumiem nienawiść do tego typu praktyk.
Ale rozumiem też potrzebę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)