niedziela, 25 września 2011

Nie wiem na jakiej skali zapisać ten niedzielny krajobraz. Opis studiowania a więc wglądu i oglądu. Z wewnątrz.
Przyglądanie się rozmowie, która nadal tkwi pod skórą. Jest zapisem. Jakimś odważnym snem, bo przecież zdążyła się wyśnić już drugi raz - podczas poobiedniego zapadania się w pościel. Znalazłam ją w książce i na kieliszku. To nie osad. Jakieś dobre i mocne rumowe przeżycie.
Rozmówca zamknął się w pokoju. Lęki zostały. Otwieranie skrzynki na listy skupia mnie na pisku przekręcanego kluczyka. A rozmówca wciąż siedzi za ścianą albo za swoją ciekawością. Mury szczelne. Weszłam na chwilę. Jak do książki. Opowieści o żałowaniu. Jeden łyk - jeden gorzki żal. Choć ich nazbierało się znacznie więcej. Żale są niemierzalne, a jednak ścigam się w cichym albo gorzkim szlochu - kiedy się przypomni ten niebyt.
Leena nie wskoczyła do morza. Buty jej przeciekły. Ustawiła się twarzą do tego co ma nadejść. Pewnie też nie odbierała telefonów, skrzeczących żab w słuchawce. Załatwianie spraw, które nie mają żadnego znaczenia. Znaczenie nabiera odcięcie się. Bunt. Albo samo słowo nie. Samo słowo tak. Język pokazany obym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz