Bezdroża. Rzadko odwiedzane.
Przebywanie na bezdrożach budzi dziwne uczucia. Że w ogóle są, śniące na jawie.
Najdziwniejsze jest ich piękno. I zaskakujące odkrycie, że mieszkają na nich ludzie, daleko, na uboczu, rozproszeni. Mikroskopijne punkciki domów. Szczekanie psa, przecinające wielokilometrową ciszę.
Czuję nie tyle zimno co jakieś przenikające mnie samotne przebywanie w oswajanych przestrzeniach. Słowa nie są zimne. Jedna książka dziennie jak pigułka.
Nie są to doświadczenia sprawiające, że mózg zaczyna wibrować! Szukać owszem, ale nie gotuje się do szalonego skoku. To raczej jak czytanie baśni. Głośne, nieśpieszne czytanie baśni. Jeszcze ten śnieg! W wszystkim i dla wszystkich śnieg. Śmierć tylko zimą. Rozpacz tylko zimą.
Trochę jakbym otwierała i pożerała baśnie. Przecież chodzą podobnymi ścieżkami. Czy to bezkres, czy plątanina zdarzeń. Archetypiczność. Opowieść jak miękka kołdra. Choć co chwilę przychodzi przymrozek.
Rzuciłam się na tą skandynawską literaturę choć nie zdawałam sobie sprawy, że ta potrzeba tkwiła we mnie. To niezwykłe, jak nasze ciało i umysł potrafią zaskoczyć, zadziwić. Wyrwać się ku czemuś. Porzucić jedno na rzecz drugiego. Pójść za czymś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz