sobota, 24 września 2011

Leena Lander jest zimna jak krajobraz.
Mimo to wciąż za nią idę.
Jeszcze nie skoczyła do morza. Może tak zrobi. Pod koniec.
Narazie obie rozmawiamy ze swoimi zmarłymi, którzy dziś byli wyjątkowo mocni. Pomiędzy łykami kawy - dzisiejsze popołudnie zmieniło się w jakąś wymianę smutku i chęci poczucia tych granicznych emocji. Ktoś chciał ich doświadczyć, a ja je z siebie wyplułam. Burza się nie rozpętała jeszcze. To jest zwykłe, codzienne obcowanie z wewnętrznym grzmotem - coś, co trudno jest zawsze trzymać na uwięzi.
Siedzenie przy kawie naturalnie przerodziło się w siedzenie przy książce. Płynnie przeszło z człowieka w doświadczenie literackie.
Żałoba. To nie czarna woalka na głowie kobiety. To nie łzy, które się zazwyczaj wylewa, gdy ktoś umrze. To nie pastor, który ściska dłonie najbliższych, to nie Eroica Beethovena ani sonata b-moll Chopina. Żałoba to nie szepty za plecami, które się słyszy jeszcze miesiąc po pogrzebie.
Żałoba to petryfikacja. mrok trwania, które nie jest życiem.
Obcowanie z kimś, kogo nie ma.
Żałoba to noc.
W zasadzie dzisiejsza żałoba, rozmowa o żałowaniu zaczęła się po obiedzie. Dotyczyła snów i majaków. Wyciągała ręce, ale nie mrużyła oczu. Wychodziła na przeciw jakimś ludzkim potrzebom. A one stanęły ramię w ramię popijając kawę w słońcu.
Powrót do domu pozostał literaturą.
Jest noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz